Zakopane 2014

Świniawgórachalejaja
Klasa III A uzbierała najwięcej dni wolnych w historii EKOS-u*. Gdybyśmy zechcieli, moglibyśmy przez tydzień nie chodzić do szkoły. I to zupełnie legalnie! Niestety, z racji zbliżającej się matury, o długiej wiosennej wycieczce możemy tylko pomarzyć. Nie zamierzaliśmy jednak zrezygnować z naszych dni wolnych ani odstąpić ich komukolwiek, więc wyruszyliśmy do Zakopanego, nie przejmując się prognozami pogody ani przewidywanymi w wiadomościach problemami komunikacyjnymi.

Częściowo mieliśmy rację. Prognozy pogody okazały się nieprawdziwe i przez cały nasz pobyt w Tatrach mogliśmy cieszyć się słońcem i bezchmurnym niebem. Idąc z Kuźnic na Giewont, aż do Hali Kondratowskiej szliśmy w krótkich rękawkach (co w wielu przypadkach zakończyło się chorobą po powrocie). Niestety, w PKP miejsce miały dantejskie sceny. Planowaliśmy wyjechać pociągiem o godzinie 22:00, by jeszcze przed południem wyruszyć na szlak, jednak ostatecznie opuściliśmy Poznań o godzinie 2:00 w nocy. Podróż pociągiem okazała się prawdziwym koszmarem. Smutni, zmęczeni, znużeni ludzie byli wszędzie. Gdy przedzierałam się przez ten tłum, by dotrzeć do toalety, czułam się jak Mojżesz, przed którym rozstąpiło się Morze Czerwone. Próby snu spełzały na niczym. Ostatecznie większość z nas wylądowała na korytarzu, który powoli pustoszał i umilaliśmy sobie podróż pogawędkami i żartami z tych, którym udało się wpaść w objęcia Morfeusza.

Dalsza część podróży była znacznie przyjemniejsza. Piękny Dworzec Główny we Wrocławiu, smaczne kurczaczki z KFC, wygodny pociąg, a później komfortowy autokar sprawiły, że udało się nam wypocząć i nabrać sił na przygodę. Gdy w końcu zobaczyliśmy góry, byliśmy szczęśliwi.

Do Zakopanego dotarliśmy w mgnieniu oka. Nasi gospodarze, państwo Nalepowie, podjechali po nas, żebyśmy nie musieli tułać się z ciężkimi plecakami. Część z nas zapakowała się z panem Nalepą do busika, inni zaś wsiedli z jego żoną do pick-upa. Podczas jazdy miałam wrażenie, że sympatyczne małżeństwo toczy między sobą rywalizację. Kto pierwszy dowiezie swoich ceprów na miejsce, ten wygrywa. Zwycięzcą okazała się pani Nalepowa, która za kierownicą przejawiała iście ognisty temperament. Część jej pasażerów była zachwycona szybką, szaloną jazdą, inni byli przerażeni i niemalże całowali ziemię, gdy udało im się wysiąść z auta o własnych siłach.

Duży, drewniany dom z bali wyglądał solidnie. Kominek, w którym nasz niezawodny kolega-harcerz w mgnieniu oka rozpalił ogień, stare, wysłużone meble oraz wszechobecny zapach drewna sprawił, że szybko poczuliśmy się jak u siebie w domu. Wieczory spędzaliśmy wspólnie, siedząc przy kominku, rozmawiając i wygłupiając się. Warto wspomnieć także o naszej młodszej koleżance, która świadczyła nietypowe usługi- oferowała masaż każdemu, kto zgodził się czytać jej Pana Tadeusza na głos. Nie mogąc się ze sobą rozstać, po ogłoszeniu ciszy nocnej, udawaliśmy się do swoich pokoi. Dobre obyczaje szybko się ulotniły, czyli, krótko mówiąc: każdy spał z każdym, a nocne Polaków rozmowy toczyły się do późna.

Ale, co tam wieczory! Nie po to jechaliśmy w góry, żeby w pokojach siedzieć! Długa i męcząca podróż sprawiła, że pierwszego dnia nie byliśmy w stanie pójść w góry. Skończyło się na spacerze na Krupówki. Nasza Ulubiona Wuefistka postanowiła zrobić nam rozgrzewkę i poszliśmy skrótem, który okazał się morderczym podejściem pod górkę. Każda minuta obijania się na WF-ie mściła się wtedy okrutnie. Na Krupówki dotarliśmy zziajani i spoceni. W dzieciństwie uważałam Krupówki za najpiękniejszą ulicę świata. Teraz, za sprawą mnożących się luksusowych sklepów, kramików z tandetą i podchmielonych, nierzadko wulgarnych turystów, bezpowrotnie straciła swój urok. Nie pomogły nawet charakterystycznie zakrzywione latarnie ani oscypki z grilla, za którymi przepadam. Krupówki, moje Krupówki z dzieciństwa przepadły bezpowrotnie.

W Dolinie Kościeliskiej wszystko było po staremu. No, prawie wszystko. Powalone drzewa były świadectwem wiatru halnego, który jakiś czas temu dokonał tu sporych spustoszeń. Pogoda nam dopisała – słońce świeciło na niebie i nie zapowiadało się ani na deszcz, ani na śnieg. Gdyby nie brak pąków na mijanych bezlistnych drzewach, moglibyśmy pomyśleć, że mamy wiosnę. Widoki zapierały dech w piersiach. Nieważne, czy jesteś w Tatrach po raz pierwszy, czy po raz setny – góry za każdym razem wywierają tak samo silne wrażenie i zachwycają swoim surowym pięknem i majestatem.

Nasza Ulubiona Wychowawczyni nie zamierzała poprzestać na podziwianiu widoków i zorganizowała nam wycieczkę do Jaskini Mylnej i Jaskini Smoczej. Korzystając ze swoich uprawnień, utworzyła z nas jedną wielką rodzinę i oprowadziła nas po jaskiniach, przy okazji testując PZ z geografii ze znajomości geologii. Przeciskanie się wąskimi korytarzami i tunelami było prawdziwą frajdą, mimo siniaków, zimna i wszechobecnej wilgoci. Gdy dotarliśmy do dużej sali, postanowiliśmy odpocząć i zjeść śniadanie. Nasza Ulubiona Wychowawczyni kazała nam na chwilę wyłączyć latarki i zaczęła roztaczać wizję losów człowieka pozbawionego światła w ciemnej jaskini. Zapadła cisza, słyszeliśmy tylko jednostajny dźwięk spadających kropli wody. Kiedy w końcu włączyliśmy latarki, zaczęliśmy przygotowywać śniadanie. Ktoś wypatrzył nietoperze. Próbowaliśmy nawiązać z nimi kontakt, ale zwierzaki spały i nie zamierzały przejmować się naszą obecnością. Po posiłku i chwili odpoczynku wyszliśmy na zewnątrz. Nie jestem pewna, czy udałoby się nam samodzielnie wydostać z jaskini bez Naszej Ulubionej Wychowawczyni. W końcu w Mylnej o pomyłkę nietrudno…

Dopiero w świetle dziennym zauważyliśmy, jak bardzo się ubabraliśmy. Odwołując się do powiedzenia, że brudne dziecko to szczęśliwe dziecko, byliśmy najszczęśliwszymi dziećmi w naszym Układzie Słonecznym.

Nie zawsze byliśmy umorusani. Niektórzy z nas nawet na górskim szlaku potrafili zadawać szyku. Wieczorowa kreacja naszego kolegi z klasy wywołała zachwyt pań i zazdrość panów. Piżamka w ptaszki w świątecznych czapeczkach stała się obiektem ogólnego pożądania. A propos` czapeczek – nasza młodsza koleżanka posiadała prawdziwe arcydzieła rękodzielnictwa. Moją faworytką była uszanka przypominająca świnkę, ale kolorowa z pomponem również znalazła swoich fanów. Nieustanne wymienianie się nakryciami głowy mogło sprowadzić na uczniów EKOS-u kolejną plagę***, jednak do niczego nie doszło. Co złego, to nie my.

Jeśli już mówimy o strojach… Gościliśmy w Zakopanem, kiedy cała Polska przygotowywała się do wyborów samorządowych. Co ciekawe, większość tamtejszych kandydatów na plakatach wyborczych była sfotografowana w tradycyjnych góralskich strojach. Można by się spierać, czy to przejaw przywiązania do własnej historii i tradycji, czy zaściankowości. Tylko po co? Moim zdaniem to dobrze, że nasi rodacy z Podhala są dumni z tego, kim są i skąd pochodzą.

Niezależnie od tego, co się wydarzy w lokalnej polityce, podejrzewam, że ceny biletów wjazdu na Kasprowy Wierch nie ulegną zmianie. 43 złote za dorosłego i 38 złotych za ucznia! Gdy to zobaczyliśmy, nasze wielkopolskie serca ścisnęły się z żalu i zgryzoty. Ostatecznie postanowiliśmy wejść na Giewont od strony Kuźnic, wracając przez Dolinę Strążyską. Mieliśmy szczęście, ponieważ ze względu na porę roku na szlaku nie było kolejek i mogliśmy podziwiać piękne widoki, a nie ciała spoconych ludzi przed nami i za nami. Wyślizgane przez rzesze turystów skały okazały się sporym wyzwaniem – obawiam się, że nie byłabym wstanie wejść na Giewont bez asekuracji w postaci łańcuchów. Mimo drobnych niedogodności i własnych ograniczeń udało się nam zdobyć Giewont. EKOS osiągnął poziom 1894 m.n.p.m. Gdybyśmy mieli flagę, z pewnością byśmy ją zatknęli na nosie śpiącego rycerza.

Niestety, zdobycie Giewontu było naszym ostatnim osiągnięciem podczas tej wycieczki, która trwała tylko dwa dni. Mimo że nie mieliśmy dużo czasu, udało się go nam maksymalnie wykorzystać. Z Tatr wróciliśmy zmęczeni, ale zadowoleni. Jak widać, nawet w listopadzie można zorganizować świetną wycieczkę! Mam nadzieję, że po latach wszyscy wspomnimy ją ze śmiechem i rozrzewnieniem.

* To moja szkoła. http://ekos.edu.pl/liceum/
** PZ – poziom zaawansowany z danego przedmiotu w liceum
*** Swego czasu zmagaliśmy się w szkole z epidemią wszawicy.

Jeden komentarz do “Zakopane 2014

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>