Podróż powrotna

jadymy

Podróż powrotna z Kilonii do Poznania okazała się prawdziwym wyzwaniem. Tym razem miałam być zdana tylko na siebie.

Zamierzałam wracać pociągiem (tak samo jak przyjechałam), ale kiedy zobaczyłam cenę biletu, odezwały się we mnie żydowskie korzenie mojej matki i wielkopolska oszczędność. 30 euro! Toż to 120 złotych! Razem z mamą Przedszkolaka postanowiłyśmy poszukać alternatywnego transportu. Siedziałyśmy i głowiłyśmy się nad tym, jak zmniejszyć koszty mojej podróży. Okazało się, że jestem skazana na Deutsche Bahn. Mimo wszystko postanowiłam się nie poddawać.

I miałam rację! Deutsche Bahn (odpowiednik naszego PKP), chcąc zachęcić Niemców do podróżowania koleją, stworzyło ofertę regionalną, pozwalającą zmniejszyć koszty przejazdu. Już wyjaśniam, jak to działa: Kupuję bilet (w moim przypadku Schlezwig-Holstein Ticket), szukam od 1 do 4 współpasażerów i dzielę się z nimi kosztami według własnego uznania. Wszyscy musimy podpisać się na bilecie i być względnie blisko w razie kontroli. To pomysł genialny w swojej prostocie. Nie dość, że podróż pociągiem staje się tańsza, to jeszcze pojawia się okazja, żeby poznać nowych ludzi :D

Wróćmy na chwilę do biletu, a właściwie jego rozmiarów. Pięć osób spokojnie może się na nim podpisać, ponieważ jest on formatu A4. Zabawne. Niemcy promują ekologiczny styl życia, ale czy na pewno? Z jednej strony w każdym supermarkecie można oddać puste butelki i dostać za to drobną sumę do wykorzystania na zakupy (w tym konkretnym sklepie, rzecz jasna), z drugiej strony ich paragony mają długość rolki papieru toaletowego, a na bilecie J.K.Rowling dałaby radę napisać nową powieść. Coś im ten system szwankuje. No, chyba, że jest w tym wszystkim jakaś wyższa logika, której nie pojmuję. To też jest możliwe.

Wróćmy jednak do mojej podróży powrotnej. Razem z Przedszkolakiem przygotowałyśmy plakat, na którym wielkimi, kolorowymi literami było napisane:

ICH HABE SCHLESWIG – HOLSTEIN TICKET, a na odwrocie: ICH FAHRE NACH GRAMBOW.

Dlaczego Grambow? Już wyjaśniam. Według mamy Przedszkolaka powinnam: dojechać z Kilonii do Lubeki, w Lubece wsiąść do pociągu, który dojeżdża do Grambow, czyli przygranicznej niemieckiej pipidówy i poczekać tam dwie godziny na pociąg do Szczecina. W związku z dużą ilością wolnego czasu miałam zamiar znaleźć krowę, wydoić ją i ubić masło, a później, razem z osełką, dojechać do Szczecina, sprzedać osełkę, kupić rollo za zarobione pieniądze i udać się na pociąg do Poznania. Wyszło, jak wyszło, czyli zupełnie inaczej.

Na dworzec dotarłam w ostatniej chwili. Zamierzałam być tam pół godziny wcześniej, żeby zaprezentować swój plakat i znaleźć współpasażerów. Nic z tego. Ledwo zdążyłam wskoczyć do pociągu i pomachać Basi i Przedszkolakowi, które mnie eskortowały.

Na domiar złego zajęłam miejsce pewnemu staruszkowi, który tylko na chwilę poszedł do toalety. Przeprosiłam go i zaczęliśmy rozmawiać. Pan Helmut (zapomniałam spytać go o imię, nazwijmy go tak na potrzeby opowieści, dobrze?) jechał z żoną (która w ogóle nie zareagowała, kiedy jakieś bezczelne dziecię w ogrodniczkach zajęło miejsce jej męża i po prostu czytała sobie gazetę) do Lubeki odwiedzić dzieci i wnuki. Lubeka? Wspaniale! Moja propozycja nadal była aktualna. Zapytałam Pana Helmuta i Jego Żonę, czy nie chcą być moimi współpasażerami. Chcieli i zwrócili mi ⅔ kosztów podróży. I tak wyszło im taniej niż u konduktora. Mając poczucie dobrze zrobionego interesu, wdałam się w pogawędkę z sympatycznym Panem Helmutem.

Staruszek początkowo myślał, że jestem Włoszką. Gdy rozwiałam jego wątpliwości, ucieszył się i zaczęliśmy rozmawiać o Polsce. Zaskoczył mnie, ponieważ doskonale znał nasz kraj i orientował się w bieżących wydarzeniach politycznych, społecznych i kulturalnych. Pękałam z dumy, będąc w stanie dyskutować z rodowitym Niemcem na takie tematy. No, do czasu, kiedy Pan Helmut poruszył temat agresywnej polityki Władimira Putina wobec Ukrainy. Wtedy musiałam przyznać, że mein Deutsch ist zu schwach, damit  über die Annexion der Krim von Russland sprechen. No cóż. Podróż minęła nam w rekordowym tempie. Byliśmy w Lubece. Pożegnaliśmy się, każde z nas ruszyło w swoją stronę. Pan Helmut i Jego Żona stwierdzili, że jestem miła i ładna (czym nakarmili moją próżność na cały dzień) i pomachali mi na pożegnanie. Życzyłam im udanej podróży i zastanawiałam się, co ze sobą zrobić. Do pociągu do Grambow miałam jeszcze pół godziny. Postanowiłam coś zjeść. Gdy szłam schodami w stronę piekarni, postanowiłam ostatni raz pomachać Panu Helmutowi i Jego Żonie. Odwróciłam się i wtedy zdarzył się cud.

Na jednym z peronów dostrzegłam pociąg, który jechał bezpośrednio do Szczecina. Bez zastanowienia porzuciłam myśl o chrupiącym preclu, zbiegłam po schodach i wskoczyłam do pierwszego lepszego wagonu. Nie byłam pewna, czy mój bilet jest aktualny w tym pociągu, ale postanowiłam zaryzykować. Najwyżej pojadę na gapę, a w razie “W” zatrzasnę się w kiblu lub kupię u konduktora aktualny bilet, robiąc wielkie oczy i rżnąc głupa. Na szczęście Schleswig-Holstein Ticket obowiązywał również na tej linii. Musiałam tylko zapłacić za przejazd przez granicę.

Dalsza podróż minęła w miarę bezproblemowo. Hałasującą rodzinkę zakleiłam żelkami, które miałam w torbie. Sposób okazał się podwójnie skuteczny. Oprócz upragnionej ciszy zyskałam czterech strażników mojego bagażu, gdybym zechciała pójść do łazienki lub uciąć sobie drzemkę.

W Szczecinie okazało się, że mam mało czasu na przesiadkę. Z bagażem w jednej ręce, z rollo w drugiej i z biletem w zębach biegłam na peron, modląc się, by pociąg do Poznania nie odjechał za wcześnie. Na szczęście zdążyłam. Mój przedział był pusty, więc zamknęłam drzwi, otworzyłam okno, schowałam dokumenty i pieniądze do przedniej, zapinanej kieszeni ogrodniczek, podłożyłam sobie bagaż pod głowę i zasnęłam.Obudziła mnie konduktorka. Sprawdzając bilet i dokumenty, pouczyła mnie, żeby nie spać w pociągu, jeśli podróżuje się samotnie, bo to niebezpieczne i w ogóle. No dobra. Niech jej będzie. Zatopiłam się w lekturze COSMOPOLITANA, który dostałam od hałaśliwej rodzinki.

Przekartkowałam pisemko, obejrzałam obrazki i odpuściłam. Seksuologiem nie jestem, ale takich głupot dawno nie czytałam. Przysięgam, że jeszcze w te wakacje dobiorę się babskim gazetom do skóry i nie zostawię na nich suchej nitki :) .

Po interesującej i inspirującej lekturze postanowiłam udać się do łazienki. Pani konduktor z pewnością określiłaby moje zachowanie jako lekkomyślne lub bezmyślne w ogóle, bo zostawiłam cały bagaż w pustym przedziale i po prostu poszłam siku. Bądźmy szczerzy: Kto normalny połasiłby się na torbę pełną brudnych ciuchów i stertę papierów? Bez przesady. Dostrzegając wszędzie potencjalne zagrożenie można ześwirować w tydzień.

Wracając do swojego przedziału, spotkałam kolegę Młodego. Postanowiłam przenieść się do niego, więc wzięłam swój bagaż (tym razem pani konduktor byłaby ze mnie dumna), otworzyłam kolejne żelki i ucięliśmy sobie pogawędkę. Nawet nie zauważyłam, kiedy dotarłam do Poznania.

Gdy zadzwoniłam do mamy, informując ją, że jestem dwie godziny wcześniej, ta o mało nie dostała zawału. Zdążyłam kupić sobie herbatę, zjeść ciastko i przeczytać (tym razem normalną) gazetę, zanim po mnie przyjechała. Po drodze zgarnęła mojego brata. Gdy zaczęli się kłócić w aucie, wiedziałam, że wróciłam do domu :)

4 komentarze do “Podróż powrotna

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>