Żeglarskie impresje

Klasowy wyjazd na żagle okazał się dokładnie tym, czego potrzebowałam. Oto kilka luźnych impresji, wrażeń i wydarzeń.

1. W mojej klasie jest niepełnosprawna dziewczyna. Na wszystkie wycieczki jeździ z nami i tym razem nie było inaczej. Kapitan miał uprawnienia do zabrania takiej osoby na pokład jachtu, więc nie było problemu. Teoretycznie. Nagle okazało się, że wcześniej ustalony podział na wachty (załogi) musi ulec zmianie, gdyż kapitan potrzebuje „ogarniających”, czyli ludzi z patentem. Migdalica i ja także należałyśmy do tego grona, choć do dziś zadaję sobie pytanie, kim był człowiek, który dał mi ten kawałek plastiku do ręki. Zostaliśmy wezwani przed oblicze kapitana. Przywitał się z nami i zapytał, kto chce z nim płynąć. Cóż, lasu rąk nie było. Skoro nie prośbą, to groźbą- z takiego założenia wyszedł nasz bóg Zalewu Szczecińskiego i stwierdził krótko: Jeśli nie będziecie współpracować, to mogę wam te cztery dni spierd*lić. Zgadnijcie, kto chwilę później został wybrany do załogi marzeń? Nie wiem, gdzie popełniłam błąd. Głupa rżnęłam pokazowo. Z miną debila (bardzo twarzowa, polecam) tłumaczyłam facetowi, ze nie mam pojęcia o żeglarstwie, a patent kupiłam na bazarze. Na próżno. Kapitan był wyjątkowo odporny na moją perswazję. Migdalica rycersko zaproponowała, że dołączy do mnie, ale widziałam, że chciało jej się wyć. Mnie zresztą też. Uratował nas Szarmancki*. Widząc, co się święci, wskazał kapitanowi ukrywającego się wśród „bezpatentowych” chłopaka z II LO. Udało się! Tak więc wylądowałyśmy na łódce z Kudłatym, jego tatą i Przedszkolakiem.

2. No właśnie, Przedszkolak. Kto to taki? Ano, kolejne stadium ewolucyjne Małej Justynki. Jeden nieopatrzny ruch i uruchamiasz Tryb Dziecka polegający na: dziecięcym głosiku, tupaniu nóżką oraz pięciominutowych fochach na zawsze. Mimo całej mojej sympatii do Przedszkolaka, po kilku dniach spędzonych razem na pokładzie miałam ochotę wyrzucić ją za burtę. Żeby nie było, że jestem wredota i wstręciuch, opowiem także o zaletach posiadania Przedszkolaka na jachcie: nieźle gotuje (smażone kiełbaski z cebulką były naprawdę niczego sobie) i nie chrapie (w przeciwieństwie do Kudłatego) :)

3. Żarcie to osobna historia. Dlaczego? Ano, ojciec jednego z moich kolegów ma zacięcie kulinarne i wymyślił nam naprawdę wyszukane menu. Przez myśl facetowi nie przeszło, że przyrządzanie gulaszu wołowego z warzywami w ciasnym kambuzie mija się z celem i wygodniej byłoby kupić kilo pasztetowej. Gwoli podsumowania- gulasz wołowy był wszędzie, zarówno między zębami, jak i na podłodze. Cóż, wszakże liczą się intencje…

4. Niesamowite widoki. Klucze kormoranów ciągnące się w nieskończoność po niebie- coś pięknego.

5. Sprawa klaty Kudłatego. Mimo rodzicielskiej perswazji oraz gorących próśb koleżanek, nie została ona opalona. To niepowetowana strata. Nie cieszy mnie nawet fakt, że ta baryła spaliła sobie uszy.

6. Leżenie na dziobie i obserwowanie pracującego żagla sprawiało mi frajdę. Przy okazji przemyślałam kilka istotnych kwestii i doszłam do wniosku, że proste rozwiązania są najlepsze. Ot, rozkminione życie :)

7. NAJBARDZIEJ PERWERSYJNA SYTUACJA W MOIM ŻYCIU: Gdy zawitaliśmy do mariny w Trzebieży, postanowiłyśmy z Migdalicą pozmywać po obiedzie. Wcześniej myliśmy gary w jeziorze i opłukiwaliśmy wodą z kranu. Pozostawiająca wiele do życzenia czystość Zalewu Szczecińskiego zmusiła nas do zmiany planów. Poszłyśmy do łazienki. Na drzwiach przyczepiona była kartka, która informowała, iż zmywać można wyłącznie w piwnicy. Z wiadrem pełnym brudnych garów obeszłyśmy budynek dookoła, ale żadnej piwnicy nie znalazłyśmy. Zresztą, kto szukałby zejścia do piwnicy na pierwszym piętrze? Na pewno nie my. Ostatecznie przemknęłyśmy chyłkiem do łazienki, gdzie się zabarykadowałyśmy.  Wlazłyśmy razem do kabiny prysznicowej i zaczęłyśmy zmywać. Gdyby wtedy ktoś odsunął zasłonkę prysznica, zobaczyłby najpierw mój tyłek, później resztę półnagiej sylwetki pochylonej nad klęczącą Migdalicą, która pucowała kubeczki. Dokładniejsze opisanie tej sytuacji mnie przerosło, więc zamieszczam ilustrację. Dodam tylko, że resztki spaghetti były wszędzie i musiałyśmy uprzątnąć je mopem.

* Doszły mnie słuchy, iż naszym wybawcą wcale nie był Szarmancki. Urocze.

13 komentarzy do “Żeglarskie impresje

  1. O Boże! Jesteś jedną z niewielu osób, które pierwszym lepszym wpisem zawładnęły moim sercem.
    Co do żagli, ja tam wody nie lubię, chorobę morską mam.

  2. Wiem, że nie ogarnę żadnego programu graficznego, nie potrafię tam tworzyć. Nawet Paint mnie nie lubi. ;) Podoba mi się Twoja swoboda i spontaniczność, dodaje to uroku blogowi, jeszcze tu wrócę. ;) Pozdrawiam i daję wenę. :)

  3. Po pierwsze – primo – żeglarstwo to dla mnie najlepsza forma wypoczynku. Podzielam więc Twój entuzjazm i trochę zazdroszczę, bo ja w tym roku jeszcze nie miałem okazji…

    Po drugie – secundo – na jachcie da się gotować naprawdę wyszukane potrawy, choć trzeba się do tego odpowiednio przygotować. Tylko po co? Pod żaglami, pod namiotem i w przyczepie campingowej je się najprostsze, wakacyjne posiłki.. Tu się z Tobą całkowicie zgadzam.

    Po trzecie – tercio – jeśli wypinanie pupy przy próbie nielegalnego zmywania naczyń w kabinie prysznicowej to największa perwersja w Twoim życiu, to jeszcze sporo przed Tobą… :)

    pozdrawiam,

  4. No, zazdroszczę klasowej wycieczki. Niedość, ze dłuższa od naszej, to jeszcze ciekawsza. Nie byłabyś może skłonna odebrać Liebster Bloga? Bo czeka już na Ciebie trochę…

  5. Nareszcie zajęłam godne miejsce w grupce obrazkowych bohaterów! Świetna notka, jakby to powiedziała wysoka szczupła klaszcząca uśmiechnięta miła z długą szyją kobietka- wycieczka w stanie czystym!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>