„A ty ratuj swoją duszę!”- punkowe katharsis

Zdarza się, że kobiety (w mniej lub bardziej standardowy sposób) robią zakupy pod wpływem impulsu. Niestety, ja też czasem ulegam pokusie. Gdy przyjaciółka w ferie namówiła mnie na koncert Dezertera, zgodziłam się bez wahania, będąc święcie przekonaną, że całe wydarzenie odbędzie się w piątek. Kiedy w domu wyjęłam bilet, żeby się mu bliżej przyjrzeć i pozachwycać, zamarłam. Nie wiem, jakim cudem pomyliłam czwartek, dzień, w którym mam zajęcia do późnego wieczora, z piątkiem. Niech żyje spostrzegawczość.

Data niespecjalnie mi odpowiadała, ale kupiłam już bilet, a trzy dychy piechotą nie chodzą- gdyby tak było, to nam wszystkim prawdopodobnie poprzewracałoby się w dupach. Tak więc, po dziewięciu lekcjach, z wypchanym do granic możliwości plecaczkiem czekałam pod szkołą na ekipę.

Szczerze mówiąc, nie była ona zbyt imponująca. Owszem, moja kumpela to naprawdę równa (a przy tym ładna i inteligentna) gościara, ale męska część towarzystwa nie przedstawiała się zbyt interesująco. Ale skoro już Danuta Rinn zastanawiała się, gdzie ci mężczyźni, prawdziwi tacy, to co czeka moje pokolenie? Miejmy nadzieję, że ostał się dla mnie jakiś relikt z poprzedniej epoki, z którym mogłabym pogadać o wszystkim, a nie tylko o tym, jak to zajebiście jest ululać się na smutno tanim jabolem i w wieku dwudziestu lat mieć płuca dziurawe niczym sito.

Gwoli ścisłości- nie twierdzę, że jestem małą, bezbronną istotką, która bez męskiego silnego ramienia nie ujdzie samodzielnie trzech kroków. Niewiele mam w sobie z damy lub z eleganckiej kobiety. Śmieszą mnie rzeczy, które nikogo zazwyczaj nie bawią, no i gdyby za popełnianie gaf przyznawali Noble, nie miałabym już na nie w domu miejsca. Ale to była sytuacja ekstremalna- odniosłam wrażenie, że gdybym sama nie podeszła i się nie przedstawiła, potraktowano by mnie jak powietrze. I wcale nie chodzi o to, że ciężko beze mnie żyć dłużej niż kilka minut, nie. Zazwyczaj nie mam problemów z dostosowaniem się do sytuacji i do towarzystwa, ale wtedy czułam się niczym słoń w składzie porcelany lub analfabeta w bibliotece.

Mniejsza jednak z tym. Nie zamierzałam pozwolić, żeby ktokolwiek zepsuł mi radochę z oglądania Dezertera na żywo. Wcześniejsze incydenty po prostu przemilczę, bo szkoda słów. Grunt, że w końcu udało się nam dotrzeć pod Blue Note. Z racji, że wszystko nieco rozciągnęło się w czasie, oddałam się jednej ze swoich pasji- obserwowaniu ludzi. A było na co popatrzeć. Przy punkach odstawionych na galowo (irokezy do nieba, skórzane kurtki, arafaty i reszta asortymentu sklepu żelaznego) wyglądałam naprawdę grzecznie w swoich martensikach.

Moją uwagę przykuła pewna dziewczyna. Aż mi głupio było, bo nie potrafiłam przestać się na nią gapić. Szczuplutka czarnulka o bielutkiej niczym porcelana skórze. W tych swoich za dużych bojówkach, naciągniętej na ramoneskę bluzie i okularach w cieniutkiej, drucianej oprawce była niesamowita, aż nierealna. Normalnie zjawisko. Paliła, obracając papierosa w szczupłych palcach. Widziałam ją później tylko jeden raz- stała pod sceną, nie brała udziału w pogo, tylko delikatnie kiwała głową w rytm muzyki. Żałuję, że tylko uśmiechnęłam się do niej parę razy (odwzajemniła!), zamiast podejść i zagadać. Miała w sobie coś intrygującego, nadawałaby się na bohaterkę powieści.

Występ Dezertera zaliczam do udanych- na żywo brzmią jeszcze lepiej niż na płycie i udowadniają, że punk to nie bezsensowne darcie mordy oraz oparta na czterech akordach sekcja gitarowa, ale sposób przekazywania  pewnych wartości, które dziś coraz mniej się liczą. Chłopaki krzyczą o tym, o czym większość ludzi boi się mówić- zakłamaniu oraz hipokryzji społeczeństwa, prawie człowieka do wolności, buntu, krytyki. Zachęcają do samodzielnego myślenia i podkreślają, jak ważne jest życie w zgodzie ze samym sobą oraz jak wielką krzywdę sobie robimy, próbując dostosować się za wszelką cenę i sprostać absurdalnym wymaganiom. A najlepsze jest to, że w chłopakach wyczuwa się autentyczność- naprawdę wierzą w to, co robią i mówią.

A co ma do tego katharsis? Ano, kiedy znajdujesz się pośród falującego tłumu i wykrzykujesz słowa buntu, wygrażając pięścią w przestrzeń, czujesz moc. Wiesz, że nie jesteś sam ze swoimi uczuciami i że inni ludzie także mają w sobie buntującą się bestię, domagającą się uwolnienia. Och, jak dobrze jest czasem wypierdolić z siebie cały ten syf. Gdy wyszłam spocona na chłodną, cichą ulicę, było mi naprawdę dobrze.

Idąc na przystanek, tak sobie pomyślałam, że katharsis można przeżyć na wiele sposobów. Bo jeśli ktoś kojarzy sztukę i katharsis wyłącznie z wybijaniem się w przyciasną kiecę i przysypianie na nudnej jak flaki z olejem operze w języku, z którego nie rozumiemy ani słowa, to naprawdę- biedny jest. Sztuka niejedno ma imię i myślę, że każdy może odnaleźć w niej coś, co go zachwyci i poruszy.

2 komentarze do “„A ty ratuj swoją duszę!”- punkowe katharsis

  1. Właściwie byłam pewna, że potrafisz dogadać się z każdym człowiekiem, a tu widzę, że w końcu ktoś ci nie podpasował ;) Chociaż gdy mijaliśmy się na pasach, to zerknęłam na nich tylko kątem oka, ale chyba rzeczywiście takie trochę gbury z nich. Ale co ja, little intro, wiem… :D

    • Nie, nie… Tu miałaś, niestety, 100% racji.
      Mimo wszystko, muszę być im wdzięczna- gdyby nie oni, moja mama w życiu by mnie na ten koncert nie puściła :(
      A tego, że zostawili Izzy i mnie same, na szczęście nie wie :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>