Z cyklu: rodzinne rozmowy przy stole

Tak się złożyło, że kuchnia to najważniejsze i najbardziej przez wszystkich lubiane pomieszczenie w naszym domu. Cały ten kuchenny cyrk zaczął się w dobudówce, w której pierwotnie mieszkaliśmy-ulokowaliśmy salon na górze, żeby móc cieszyć się gigantyczną kuchnią z wyłożoną boazerią wnęką. Co rano przychodzili tam pracownicy z firmy ojca i jedliśmy razem śniadanie. Gościom, z wyjątkiem księdza, który jest francuski piesek i się nie zna, nigdy nie chciało się wchodzić na górę i tak już zostało- jak rodzinna impreza, to tylko w kuchni.

W ogóle, zauważyłam, że u mnie w domu przy stole panuje bardzo duży luz. I dobrze. Kiedy mamy rozmawiać i się razem wygłupiać, jeśli nie przy stole? :)

____________________________________________________________________________________________

Przyjechał do nas kuzyn. Z Gruzji wrócił, przywiózł nam nawet zgrzewkę jakiegoś mocznika, że niby to woda lecznicza ma być,  co to wyleczy z raka, depresji, a nawet wrzodów na dupie. Istne cudo, mówię wam. A jakie walory smakowe…:)

Gość w dom, Bóg w dom, tako rzecze przysłowie. Tak więc, gdy kuzyn załatwił z ojcem co trzeba, został zaproszony na kawę, nawet ciasto się znalazło. I tak, pośród rozmów o polityce i dupie Maryni, nagle spadł na nas piorunujący fakt:

- Moja dziewczyna jest w ciąży- oświadczył dumnie.

- Z tobą?- wypalił mój ojciec.

- No wujas!

Kto pyta, nie błądzi. Tako rzecze inne przysłowie…

____________________________________________________________________________________________

Czytam ANGORĘ i w którymś artykule widzę spółka z ograniczoną odpowiedzialnością. Zgłupiałam. Aby rozwiać swoje wątpliwości, spytałam mamy:

- A co to w ogóle jest, ta spółka z ograniczoną odpowiedzialnością? Idioci zakładają?

Popluła się, biedaczka, herbatą.

____________________________________________________________________________________________

Moja mama uczy w szkole. Dziś organizuje z dziećmi uroczystość z okazji Dnia Babci i Dziadka. Gdy rozmawiała przez telefon z koleżanką po fachu i zastanawiała się głośno:

- Jak idzie ten wierszyk? Cóż to za święto obchodzimy szumnie? Kochamy nasze babunie i naszych dziadków

- I tych w trumnie, i tych w proszku, ale tak po troszku- nie mogłam się powstrzymać. Z kuchni zostałam wyproszona w tempie natychmiastowym.

____________________________________________________________________________________________

Mój brat bardzo mocno przechodził fazę rozwoju, w której dziecko zadaje mnóstwo (bardziej lub bardziej) upierdliwych pytań. Czasem naprawdę mieliśmy ochotę oddać go do adopcji ;) Najgorzej z nas wszystkich znosił to ojciec, który do ludzi cierpliwych nie należy.

- Tatoooo, a istnieją prawdziwe legendy?

- Co? Kurde, daj już spokój z tymi pytaniami, pobaw się.

- Tato, ale te na mapie?

I zapanowała cisza .

____________________________________________________________________________________________



- Po prostu odlot.

4 komentarze do “Z cyklu: rodzinne rozmowy przy stole

  1. U mnie podobnie jak u Ciebie też panuje luźna atmosfera, szkoda tylko, że nie zapisuję niektórych dialogów! ;) Widać, że rodzinka bardzo sympatyczna i zżyta! ;) Dziękuję za poprawę humoru i miłego dnia życzę! ;D

  2. Trzecia historyjka wymiata :D Fusa w czystej postaci, jakby to powiedziała szczupła wysoka kobieta w długiej spódnicy i ze słodkim nazwiskiem :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>